Luźne rozważania o The Walking Dead s08e01

Zaledwie wczoraj swoją premierę miał 8 sezon The Walking Dead. Po kilku miesięcznej przerwie włączyłam odcinek z mieszanymi uczuciami, gdyż z jednej strony przywiązałam się do niektórych bohaterów, z drugiej natomiast wiedziałam, że nie mogę oczekiwać zbyt wiele, ponieważ w innym razie się zawiodę. A zatem od tego odcinka oczekiwałam, że będzie się działo i to dużo działo. No cóż... nadzieja matką głupich, jak to powiadają.

UWAGA SPOILERY
Rick i spółka postanawiają zawalczyć o swoją wolność i co za tym idzie zaatakować Negana. Zbierają prowiant, broń, amunicję oraz przeprowadzają zwiady, a także co oczywiste ustalają plan. Na nasze szczęście większość z tych rzeczy dzieję się za kurtyną. Wszyscy gotowi, a więc pozostaje tylko patetyczna przemowa i można rozpoczynać atak. Chciałoby się.

Niestety, przez cały odcinek towarzyszą nam wizje sielankowej przyszłości Ricka oraz flasbacki. Zatem w jednej scenie mamy "bitwę", w kolejnej płaczącego Ricka, a w następnej z kolei Ricka wraz ze swoją szczęśliwą córeczką. Motyw ten mógłby być ciekawy, ale niestety nie jest. Tam gdzie, spodziewamy się wartkiej akcji dostaje owe sceny, co potrafi wybić z rytmu.

Brak logicznego myślenia bohaterów w tym odcinku także jest spotykany bardzo często. Zacznijmy od tego, że bohaterowie żyją w świecie podczas epidemii zombie, a więc muszą borykać się z ograniczonym zapasami, w tym także amunicji, a zatem trzeba je gospodarować racjonalnie. W innym przypadku bardzo szybko się nam skończą. Wiele osób może stwierdzić to za sprawę oczywistą, ale nie nasi bohaterowie. W wyniku czego strzelają oni do okien. Tak, do okien. Za którymi na dodatek nikt się nie znajduje.

Przed tym mamy jednak scenę, w której Negan jak gościnny gospodarz wychodzi przywitać Ricka i spółkę, która ukrywa się za metalowymi blachami. Ażeby było ciekawiej, wychodzi on wraz ze swoimi głównymi pachołkami, a mianowicie z Simonem, Dwightem, Eugenem oraz dwoma, którzy nie są na tyle ważni by pamiętać o ich imionach. Ponadto nic nie wskazuje na to, żeby byli oni w jakikolwiek sposób ochraniani. Pomyślicie zapewne, że to doskonała okazja, aby się ich pozbyć raz na dobre. Przecież wystarczyłoby tylko kilka osób, które by mogły zabić wyżej wymienionych. Jednakże to byłoby zbyt proste i zbyt piękne, a mamy przecież jeszcze cały sezon na rozwiązanie konfliktu z Neganem! Rick zamiast pozbyć się problemu woli jak zwykle pogadać.

Podsumowując: odcinek jest z pewnością zbyt przegadany i po prostu nudny. Tam gdzie mogłaby być wartka akcja my długie pogawędki oraz marnowanie amunicji, która jest w owych czasach na wagę złota. Odcinek posiada także wiele innych wad, ale jakbym miała wszystkie wymieniać to nie skończyłabym zapewne do jutra.

Na koniec jednak, chce wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, która wyprowadziła mnie z równowagi. Podczas gdy Rick i spółka wybierają się na walkę, w Aleksandrii zostają m. in. Michonne i Carl, nastoletni syn Ricka. Kobieta zwraca się do chłopaka ze słowami, że teraz to on tu dowodzi. Nastolatek, który nie skończył nawet 18 lat. Ma dowodzić. Okej, ja rozumiem, że apokalipsa, a więc szybciej się dojrzewa i te sprawy. Ale no bez przesady.



Przynajmniej zombie na palach prezentują się godnie :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz